BEZPIECZEŃSTWO DZIECI ZACZYNA SIĘ W DOMU.
W ostatnich godzinach pojawiło się wiele wpisów szkół, które informują o zabezpieczeniach: monitoringu, zamkach elektronicznych, zamkniętych wejściach i niewpuszczaniu osób postronnych. Rozumiem potrzebę takich komunikatów. Bezpieczeństwo w szkole jest niezwykle ważne i każda placówka powinna robić wszystko, co leży w granicach jej możliwości, aby o nie zadbać.
Ale chciałabym, żebyśmy w tej dyskusji zatrzymali się na chwilę i spojrzeli na problem również z innej strony.
Bo choć zabezpieczenia budynku są potrzebne, nie każde zagrożenie przychodzi z zewnątrz. Czasem źródło problemu znajduje się już w środku — w relacjach między dziećmi, w przemocy rówieśniczej, w tym, co dzieje się na klasowych grupach, w telefonach i w głowach młodych ludzi.
I tutaj, jako pedagog, ale przede wszystkim jako rodzic, chciałabym zaapelować do nas wszystkich.
Zacznijmy od siebie.
Nie od żądań kierowanych do dyrektora, wicedyrektora, nauczyciela, pedagoga, wychowawcy czy pracownika obsługi. Nie od oczekiwania, że szkoła zagwarantuje nam absolutne bezpieczeństwo naszych dzieci.
Szkoła ma obowiązek reagować na przemoc, podejmować działania profilaktyczne, dbać o bezpieczeństwo uczniów i współpracować z rodzicami. Nauczyciele i specjaliści mają w tym ogromną rolę do odegrania. Ale nie mogą zastąpić rodziców. Nie są w stanie być z dzieckiem przez całą dobę, kontrolować każdej jego aktywności ani wiedzieć o wszystkim, co dzieje się w jego życiu.
Nie mają też nieograniczonych uprawnień. Nauczyciel nie może po prostu przeszukać uczniowskiego plecaka na własną rękę, a monitoring i zamki elektroniczne nie pokażą, co dzieje się w prywatnych rozmowach dzieci w internecie.
Dlatego zapytajmy samych siebie: czy wiem, co moje dziecko ma w plecaku i co zabiera ze sobą do szkoły? Czy wiem, z kim rozmawia w internecie, jakie treści ogląda i co dzieje się na klasowych grupach? Czy rozmawiam z nim o przemocy, wykluczeniu, ośmieszaniu innych i o odpowiedzialności za własne słowa? Czy moje dziecko wie, że może przyjść do mnie z każdym problemem — także wtedy, gdy samo zachowało się niewłaściwie? Czy naprawdę wiem, co przeżywa moje dziecko, czy tylko zakładam, że wszystko jest w porządku, bo nie sprawia problemów?
Od kilku lat, jako pedagog apeluję do rodziców o większe zainteresowanie tym, co ich dzieci robią w telefonach. I nie mówię o nastolatkach. Mówię o dzieciach z drugiej, trzeciej czy czwartej klasy szkoły podstawowej! To właśnie wtedy często zaczynają się zachowania, które później przeradzają się w poważną przemoc rówieśniczą.
Kiedy pytam dzieci, ile z nich rozmawiało z rodzicami o tym, co dzieje się na klasowych grupach, o wykluczaniu, obrażaniu i poniżaniu innych, ręce podnosi czasem około 10% klasy.
A co z pozostałymi dziećmi? Czy naprawdę nic się u nich nie dzieje? Czy może po prostu nikt jeszcze nie zapytał?
Przytoczę sytuację z ubiegłego roku szkolnego. Dziecko zakłada ankietę na klasowej grupie: „Czy wyrzucić Krzysia z klasy?”. Krzyś to oczywiście imię zastępcze.
Zatrzymajmy się przy tym na chwilę.
Czy to jest niewinny żart? Zwykła dziecięca zabawa? A może forma publicznego upokorzenia i wykluczania, która dla dziecka może być źródłem cierpienia?
Oczywiście, że szkoła powinna zareagować. Powinna wyjaśnić sytuację, zadbać o dziecko, które zostało skrzywdzone i podjąć działania wobec sprawców. Ale czy naprawdę możemy uznać, że na tym kończy się odpowiedzialność dorosłych?
A gdzie w tym wszystkim są rodzice dzieci, które taką ankietę tworzą, udostępniają, głosują w niej lub biernie przyglądają się całej sytuacji?
Czy wiedzą, co ich dzieci robią w sieci? Czy rozmawiają z nimi o granicach, empatii i szacunku? Czy wiedzą, że przemoc nie musi mieć postaci uderzenia, żeby wyrządzić krzywdę?
Nie możemy oczekiwać, że szkoła naprawi wszystko, czego nie zdążyliśmy nauczyć dzieci w domu.
I jeszcze jedna ważna kwestia.
Wielu z nas ciężko pracuje. Chcemy zapewnić dzieciom dobry start, możliwości, zajęcia dodatkowe, wyjazdy i wszystko to, czego sami (być może) nie mieliśmy. To naturalne. Chcemy dla nich jak najlepiej.
Ale czasami warto zadać sobie pytanie: czy dajemy dzieciom to, czego naprawdę potrzebują, czy przede wszystkim to, co wydaje nam się potrzebne?
Dzieci potrzebują możliwości i dobrych warunków do życia. Ale potrzebują również naszej obecności. Rozmowy. Zainteresowania. Granic. Czasu, w którym nie patrzymy w telefon i naprawdę ich słuchamy.
Nie chodzi o to, żeby rodzic kontrolował każdy krok dziecka, czytał każdą wiadomość bez żadnych zasad i odbierał mu prywatność. Chodzi o mądre, dostosowane do wieku zainteresowanie jego światem, ustalenie jasnych zasad korzystania z telefonu, reagowanie na niepokojące sygnały i budowanie takiej relacji, w której dziecko nie boi się powiedzieć prawdy.
Bo bezpieczeństwo to nie tylko drzwi, których nie da się otworzyć bez karty. To także relacja, w której dziecko potrafi powiedzieć: „Mamo, tato, dzieje się coś złego”. To świadomość, że nie wolno krzywdzić innych, nawet jeśli wszyscy w grupie się z tego śmieją. To umiejętność reagowania, kiedy ktoś jest poniżany, odrzucany lub zastraszany.
I dlatego, kiedy pytamy szkołę: „Co zrobicie, żeby moje dziecko było bezpieczne?”, zadajmy sobie również inne pytanie: co ja robię każdego dnia, żeby moje dziecko nie krzywdziło innych, potrafiło rozpoznać zagrożenie i wiedziało, jak szukać pomocy?
Szkoła nie może obiecać, że nigdy nie wydarzy się nic złego. Może i powinna podejmować działania, by ograniczać ryzyko, reagować na zagrożenia i chronić uczniów. Rodzic również nie ma pełnej kontroli nad każdym zachowaniem swojego dziecka. Ale ma ogromny wpływ na to, jakie wartości mu przekazuje, jakie granice stawia i czy jest obecny w jego życiu.
Nie przerzucajmy więc całej odpowiedzialności na szkołę. Nie traktujmy zabezpieczeń budynku jako rozwiązania wszystkich problemów. Nie szukajmy wyłącznie winnych wśród pracowników placówki.
Zacznijmy od własnego domu. Od rozmowy. Od zainteresowania. Od wychowania. Od siebie.
Bo zanim zapytamy, czy szkoła zrobiła wszystko, co mogła, zapytajmy również, czy my jako rodzice zrobiliśmy wszystko, co należało do nas.
Nasze dzieci potrzebują bezpiecznej szkoły. Ale potrzebują też dorosłych, którzy nie tylko wymagają bezpieczeństwa od innych, lecz sami aktywnie pomagają je budować.
Bezpieczeństwo dzieci to wspólna odpowiedzialność. A wychowanie zaczyna się w domu.
Mama Ewa
"Zapytajmy samych siebie...". Ważne słowa kaliskiej pedagog
Ataki nastoletnich nożowników wywołują szeroką społeczną dyskusję. Kwestie bezpieczeństwa szkoły, dostępu dzieci do mediów społecznościowych, kondycji polskich rodzin... Gdzie leży przyczyna tak dramatycznych zdarzeń? Przeczytajcie niezwykle trafny apel Ewy Ozdowskiej-Bartczak, doświadczonej kaliskiej pedagog i mamy dwóch córek.
Dzisiaj, 18:27

Źródło: fot. pixabay - zdjęcie poglądowe
Napisz komentarz
Komentarze