To nie jest wygodna informacja ani dla uczelni, szkół średnich, ani dla państwa. Na podstawie analizy „The Economist” przygotowanej w oparciu o badanie OECD, aż 20 proc. polskich studentów szkół wyższych ma umiejętności czytania i pisania na poziomie porównywanym do 10-latków. Kolejne 15 proc. ma mieć podobnie niskie kompetencje matematyczne.
Brzmi brutalnie, ale problem nie polega wyłącznie na tym, że takie dane są dla Polski kompromitujące. Ważniejsze jest to, że potwierdzają coś, o czym wielu nauczycieli akademickich mówi od dawna: na uczelnie trafiają osoby, które formalnie zdały maturę i dostały się na studia, ale nie zawsze są przygotowane do samodzielnej pracy intelektualnej.
Co znaczy „poziom 10-latka”?
Warto uważać na samo sformułowanie „poziom 10-latka”, bo łatwo zamienić je w krzykliwy nagłówek. Nie chodzi o to, że studenci nie potrafią czytać. Chodzi o poziom kompetencji mierzonych w badaniu umiejętności dorosłych OECD: rozumienie tekstu, wyszukiwanie informacji, praca z danymi, podstawowe liczenie i rozwiązywanie prostych problemów.
W praktyce oznacza to, że część osób może radzić sobie z krótkimi, prostymi tekstami i jednoznacznymi poleceniami, ale ma problem wtedy, gdy trzeba połączyć fakty, wyciągnąć wniosek albo samodzielnie przeanalizować dłuższy materiał. A przecież studia powinny uczyć właśnie tego: krytycznego myślenia, pracy ze źródłami i argumentowania.
Polska wypada źle, ale bez uproszczeń
Według informacji opisanych przez Next.Gazeta.pl Polska ma wypadać szczególnie słabo w zakresie czytania i pisania. Wśród analizowanych krajów ma mieć najwyższy odsetek studentów z tak niskimi kompetencjami. W matematyce sytuacja również jest niepokojąca – Polska znalazła się wśród państw z najwyższym odsetkiem studentów o bardzo niskich umiejętnościach liczbowych.
Trzeba jednak dodać istotne zastrzeżenie: OECD przy wynikach Polski zaznacza, że należy interpretować je ostrożniej niż dane z wielu innych krajów. Nie unieważnia to problemu, ale każe unikać prostych, sensacyjnych wniosków.
Dane są alarmujące, ale nie powinny służyć do wyśmiewania studentów. Powinny raczej uruchomić poważną rozmowę o tym, co dzieje się wcześniej – w szkołach podstawowych, średnich, na maturze i podczas rekrutacji na studia.
Matura otwiera drzwi, ale czy przygotowuje?
Jedna z najczęściej stawianych tez brzmi: na uczelnie trafia zbyt wiele osób, które nie są do tego przygotowane. Problemem nie musi być sama liczba studentów, ale to, czy system potrafi uczciwie ocenić, kto rzeczywiście jest gotowy do studiowania.
W Polsce przez lata studia przedstawiano jako naturalną drogę awansu społecznego. Dyplom miał dawać lepszą pracę, wyższe zarobki i większe możliwości. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy sam fakt pójścia na studia staje się ważniejszy niż pytanie, czy szkoła średnia dała uczniowi narzędzia potrzebne na uczelni.
Matura dla większości uczniów jest dziś osiągalna. Nie odpowiada jednak na pytanie, czy rzeczywiście potwierdza gotowość do samodzielnej nauki, czy raczej pozwala przejść do kolejnego etapu bez pełnej diagnozy braków.
Uczelnie też są częścią problemu
Nie można całej odpowiedzialności zrzucić na szkoły. Uczelnie również uczestniczą w tym systemie. Wiele z nich potrzebuje studentów, bo za studentem idą pieniądze, etaty, kierunki i prestiż. Im mniej kandydatów, tym większa presja, by obniżać wymagania albo przymykać oko na braki.
W efekcie student trafia na uczelnię, ale szybko orientuje się, że nie daje rady. Wykładowca widzi, że musi obniżać poziom albo nadrabiać rzeczy, które powinny być opanowane wcześniej. Uczelnia z jednej strony chce utrzymać jakość, z drugiej nie chce tracić studentów.
Tak powstaje błędne koło. Studenci czują się zagubieni, wykładowcy przeciążeni, a dyplom powoli traci znaczenie.
Winny Internet? To za proste
W debacie pojawiają się różne wyjaśnienia: pandemia, nauka zdalna, media społecznościowe, krótkie treści, spadek czytelnictwa czy sztuczna inteligencja, która pozwala przechodzić przez część zadań bez realnego wysiłku. Każdy z tych czynników może mieć znaczenie.
Ale najłatwiej byłoby powiedzieć: to wina telefonów, TikToka i ChatGPT. Tyle że to zbyt prosta odpowiedź. Młodzi ludzie w innych krajach też korzystają z mediów społecznościowych i sztucznej inteligencji. Jeśli Polska wypada gorzej, trzeba zapytać, co w naszym systemie edukacji nie działa.
Czy szkoła uczy czytać ze zrozumieniem, czy tylko rozwiązywać testy? Czy uczeń pisze samodzielne teksty, czy głównie wypełnia schematy? Czy matematyka pomaga rozumieć świat, czy jest serią zadań „pod klucz”? I czy uczelnie mają odwagę powiedzieć, że nie każdy kandydat jest gotowy na studia?

Napisz komentarz
Komentarze